Podróż poślubna

JAK O MAŁO DO NIEJ NIE DOSZŁO

Bilety kupowałam chyba w czerwcu. Gdyby ktoś spytał czy uważam się za osobę zorganizowaną, prawie bym się obraziła, bo tak mam na drugie imię;) Ale nawet mi zdarzają się potknięcia. Trudno w to uwierzyć…
Wylot mieliśmy z Frankfurtu. O 9:30. Najwcześniejszy lot z Polski, 6:30. Mnóstwo czasu! Do momentu, aż siedząc jeszcze w samolocie, nie włączyłam telefonu, który ledwo co złapał niemiecką sieć już się rozdzwonił. Mój mąż, który z racji konferencji już na lotnisku był:
– Kochanie, wiesz że mamy lot o 9:30?
– No tak, sama go wybierałam.
– A gdzie jesteś?
– Wylądowałam, już wychodzimy do autobusu.
– Yhm. A pamiętasz, że musisz odebrać bagaż i nadać go ponownie?
– No tak.
– Jest 7:45, masz 45 minut, żeby to zrobić. W tym zmienić terminal na największym lotnisku w Europie.
– …
– Po prostu biegnij.

Przy karuzeli, a było już po 8, łzy stanęły mi w oczach. Nie miałam szans. Nie polecimy? Nie wrócę do domu… Szlag trafił bilety. Ile będą kosztować nowe?
Bagaży jeszcze nie było.
Mąż dzwoni ponownie i prosi o zdjęcie paszportu. Udało mu się namówić obsługę, żeby zaczęła mnie odprawiać. Zostało 15 minut.
Taśma ruszyła. Nie mogłam w to uwierzyć, ale moja walizka była pierwsza! Nie trzecia, piąta czy jedenasta! Pierwsza!!!
Biegnę. Z pokrowcem z suknią ślubną, torbą z puszkami do zaczepienia za autem, przekąskami do samolotu, torebką i dużą walizką.
SMS. Menager dowiedział się, że to nasza podróż poślubna, wie, że odebrałaś już bagaż. Otworzył check-in na dodatkowe 20 minut.
10 minut poźniej byłam przy air-train. Czekam najdłuższe 100 sekund w moim życiu. Jest! Wsiadam. Dwa przystanki. Zostało 6 minut. Wybiegam do głównej hali. Pani w informacji widzi, że się miotam. Który lot? Charlotte, US. Już za późno. Wcale nie za późno!!! Czekają na mnie!!! Gdzie to jest?! Wskazała tylko za siebie.
Widzę męża! Każe zostawić mi wszystko i biec do stanowiska. 2 minuty. Paszport. Zdążyłam. Bili mi brawo. Nie wierzyli, że mi się uda.

Oczywiście, gdyby nie mój świeżo poślubiony, który był na miejscu i prosił o litość, bo żona nie ogarnęła, nie udałoby się nam. Ale jest to przykład na to, że się da. Co więcej, menager zaoferował darmowe przebukowanie nas na kolejny lot, który by był za 3 godziny, gdybym jednak nie dała rady.

Niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki i American Airlines.

JUŻ NA MIEJSCU

Po wylądowaniu w Las Vegas czekały znane atrakcje. Obowiązkowa partyjka w kasynie, gdzie ku mojego zaskoczeniu przegrałam (poprzednim razem wzbogaciłam się o 200$), za to mąż miał rękę i zwróciła się nam połowa rewelacyjnej kolacji, którą swoją drogą ledwo zjedliśmy, a zamówiliśmy steki, najlepsze jakie jadłam, z dodatkami, których nawet nie ruszyłam, bo po przystawce byłam absolutnie pełna. Urok kilkunastogodzinnej podróży, braku snu i amerykańskich porcji na talerzu.
O 3 nad ranem byliśmy już na nogach, ale przynajmniej przepakowałam nam walizkę, obejrzeliśmy wschód słońca i zaznaczyliśmy miejsca, które chcemy zobaczyć. A naszym pierwszym celem na mapie był ukochany Wielki Kanion, gdzie rok temu się zaręczyliśmy. Wciąż zjawiskowy. Ogromny. Cichy. Tylko dla nas. Półka skalna czekała, wprawdzie z tuzinem innych turystów, ale jak miło było usłyszeć te ochy i achy, zobaczyć pełne zaskoczenia twarze, gdy wparadowałam w sukni ślubnej i wianku! Na szczęście klapek pod nie było widać:)
Z początku byłam lekko skrępowana, ale nikt nie zwróci mi tego dnia! Światło nie będzie czekać w nieskończoność. Trzeba być profesjonalistką:) Mąż kolejny raz wyszedł z siebie i wykazał anielską cierpliwością. Nie mogłabym mieć lepszej pamiątki, piękniejszych zdjęć.

Shoshone Point

NA PUSTYNI W UTAH

Warunki noclegowe towarzyszące naszym objazdówkom są zazwyczaj dość skromne. Niestety nie do końca przekłada się to na koszty. W miasteczku sąsiadującym z parkiem byłoby pewnie taniej, ale po całym dniu chodzenia, najczęściej w ponad 30 stopniowym upale, kiedy słońce zachodzi stosunkowo szybko, ok. 20 jest już zupełnie ciemno, błogo jest móc przejść dosłownie kilka kroków i rzucić się na łóżko, zamiast jechać kolejną godzinę autem.
Tym razem zatrzymaliśmy się w jednym z najbardziej niesamowitych miejsc jakie do tej pory widziałam. Zupełnie odosobnione, na pustyni, surowe i piękne jednocześnie. A ja miałam drugą sesję! O 6 rano:) Kolory były obłędne! A pozostali goście jeszcze śpiąc, nie musieli patrzeć na mnie latającą w kółko pod ich oknami.

Amangiri
Kayenta Road Utah

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powiązane wpisy